Cel teorii nierównowagi chemicznej
Pierwsza część XXI wieku przyniosła gwałtowny wzrost stosowania antydepresantów oraz innych leków przepisywanych z powodu problemów psychicznych, w tym depresji i zaburzeń lękowych. Dane z Anglii pokazują, że liczba recept wystawianych na antydepresanty rośnie z roku na rok już od ponad trzech dekad. W latach 2011–2022 liczba ta niemal się podwoiła, a od 1990 roku wzrosła ponad ośmiokrotnie.¹
W 2022 roku w Anglii antydepresanty przyjmowało 8,6 miliona osób — niemal 19 procent całej dorosłej populacji i 23 procent dorosłych kobiet.² W Stanach Zjednoczonych w tym samym roku 23 procent populacji przyjmowało jakiś lek z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym.³
Liczba osób, które przyjmowały antydepresanty w którymś momencie swojego życia, jest prawdopodobnie jeszcze większa. Wiemy również, że coraz więcej osób stosuje antydepresanty długoterminowo, często przez wiele lat.⁴ Osiemnaście procent osób, które zaczynają przyjmować antydepresant w Anglii, ostatecznie stosuje go przez ponad rok, a w dowolnym momencie dwie trzecie osób przyjmujących antydepresanty zażywa je już od ponad roku.⁵ Wzrasta również stosowanie innych leków przepisywanych z powodu problemów psychicznych.⁶
Oficjalne stanowisko głosi, że leki te służą leczeniu różnych, wcześniej nierozpoznawanych chorób, które dotykają znacznej części populacji. Informacje pochodzące od firm farmaceutycznych i organizacji medycznych przekazywały ludziom, że depresja jest — lub prawdopodobnie jest — spowodowana nieprawidłowościami w chemii mózgu, czyli że wynika z nierównowagi chemicznej. Przekaz ten zachęcał ludzi do przyjmowania antydepresantów oraz innych leków na receptę mających wpływać na ich nastrój i emocje — czego w innych okolicznościach mogliby nie być skłonni robić.
W 2019 roku wraz z moim zespołem rozpoczęliśmy pracę nad przeglądem badań dotyczących serotoniny, a artykuł został opublikowany w lipcu 2022 roku w czasopiśmie naukowym Molecular Psychiatry.⁷ Wykazaliśmy, że pomimo intensywnie finansowanych badań prowadzonych przez kilka dekad nie istnieją przekonujące dowody na związek serotoniny z depresją. W szczególności nie ma dowodów potwierdzających hipotezę, że depresja jest powodowana przez niski poziom serotoniny. Artykuł ten stał się jedną z najczęściej czytanych i najbardziej wpływowych publikacji naukowych współczesnych czasów (według Altmetric, internetowego narzędzia śledzącego wpływ publikacji, znajduje się wśród 5 procent wszystkich kiedykolwiek opublikowanych prac naukowych oraz wśród 1 procenta najważniejszych prac opublikowanych w tym samym okresie).⁸ Zainteresowanie, jakie artykuł wzbudził na całym świecie, pokazuje, jak głęboko ludzie byli przekonani, że związek między depresją a serotoniną został naukowo udowodniony. Niektórzy byli dosłownie oszołomieni, gdy dowiedzieli się, że nie jest to prawdą: „to rozwala umysł” — powiedział jeden z prowadzących program ITV This Morning.⁹
Artykuł dotyczący serotoniny stał się wiadomością medialną, ponieważ pogląd, że depresję powoduje niedobór serotoniny lub jakiś inny rodzaj nierównowagi chemicznej, był ściśle związany z uzasadnieniem stosowania antydepresantów. Milionom ludzi lekarze mówili, że mają w mózgu nierównowagę chemiczną i potrzebują antydepresantu, aby ją skorygować.
W zamieszaniu, które nastąpiło po publikacji artykułu, stało się dla mnie jasne, że istnieją fakty dotyczące antydepresantów, o których środowisko psychiatryczne i część mediów nie chcą informować ludzi. Od samego początku znani psychiatrzy jeden po drugim występowali publicznie, przekonując opinię publiczną, że nie mieliśmy prawa stawiać pytań dotyczących antydepresantów.
„Antydepresanty działają” — mówili — „i nie ma znaczenia, w jaki sposób”. Umniejszali znaczenie naszego artykułu, a kiedy to nie przyniosło skutku, próbowali go zdyskredytować. Niektórzy utrzymywali, że tak czy inaczej nikt nie wierzy w serotoninową teorię depresji, podczas gdy inni twierdzili, że serotonina rzeczywiście odgrywa rolę w depresji, ale nie potrafili sprecyzować, na czym ta rola miałaby polegać.¹⁰ Oskarżano nas o nieodpowiedzialne zniechęcanie ludzi do szukania leczenia, narażanie ich na ryzyko nawrotu choroby oraz doprowadzanie ludzi do prób samobójczych.¹¹ Część mediów, opowiadając się po tej stronie, sugerowała, że narażamy „miliony ludzi na niebezpieczeństwo”, i próbowała przedstawiać nas jako prawicowych ekstremistów i zwolenników teorii spiskowych.¹²
Przedstawiciele kierujący środowiskiem psychiatrycznym przyjęli postawę obronną. Nikt tak naprawdę nie podważył naszych wniosków, ale nie podobały im się one. Strategia polegała na stłumieniu przekazu i podważeniu wiarygodności jego autorów.
Te próby manipulowania informacjami docierającymi do opinii publicznej są jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Przez wiele lat rozpowszechniano skomplikowaną sieć błędnych przekonań, począwszy od nadmiernie optymistycznego poglądu, że rozumiemy związki między substancjami chemicznymi w mózgu a emocjami, aż po nieuzasadnione założenie, że leki takie jak antydepresanty oddziałują na biologiczne podłoże depresji i innych niepożądanych stanów psychicznych. Ujawnienie, że teoria nierównowagi chemicznej jako przyczyny depresji nie znajduje potwierdzenia w dowodach, zaczęło podważać całą tę konstrukcję. Podaje to w wątpliwość pogląd, że depresja jest zaburzeniem mózgu, oraz skłania do zakwestionowania sposobu, w jaki stosujemy antydepresanty. Rodzi również pytanie, co właściwie antydepresanty z nami robią, skoro nie korygują żadnej nierównowagi chemicznej.
Zanim przejdę dalej, chcę podkreślić, że nie jestem przeciwniczką stosowania leków w przypadku problemów psychicznych we wszystkich okolicznościach. Uważam, że niektóre leki psychiatryczne (leki przepisywane w przypadku zaburzeń psychiatrycznych lub problemów psychicznych) mogą być przydatne w pewnych sytuacjach. Jednak sposób, w jaki obecnie przedstawia się działanie tych leków, jest zasadniczo błędny. I z tego powodu nie zostały one odpowiednio przebadane, a zatem nie rozumiemy wszystkich konsekwencji ich przyjmowania.
Negatywne strony antydepresantów
Nie trzeba chyba mówić, że powinniśmy zachować ostrożność przy stosowaniu substancji chemicznych, które zmieniają normalny stan mózgu — a właśnie to robią antydepresanty. Potrzebujemy przynajmniej rzetelnych informacji na temat wszystkich konsekwencji przyjmowania konkretnego leku przez okres, przez jaki ludzie zazwyczaj go stosują — w przypadku antydepresantów są to miesiące i lata. Tymczasem przed wprowadzeniem współczesnych antydepresantów do powszechnego użytku nie przeprowadzono takich badań, a leki te szybko stały się jednymi z najczęściej przepisywanych preparatów swojej generacji. Przeprowadzano natomiast krótkoterminowe badania kliniczne, trwające zazwyczaj osiem tygodni. Niewiele uwagi poświęcano ustalaniu działań niepożądanych tych leków poza upewnieniem się, że nie powodują one natychmiastowej śmierci lub poważnego uszczerbku na zdrowiu.
Współczesne antydepresanty są bezpieczniejsze niż starsze generacje tych leków w tym sensie, że trudniej umrzeć wskutek ich przedawkowania. Mają jednak szkodliwy wpływ na organizm. Wiadomo, że SSRI wydłużają czas krwawienia i wiązano je ze zwiększoną częstością krwotoków, powikłań okołoporodowych oraz udarów (które mogą być spowodowane krwawieniem).¹³ Istnieją również dowody sugerujące, że zmniejszają gęstość mineralną kości, prowadząc do osteoporozy i złamań.¹⁴ U młodszych osób antydepresanty mogą wywoływać stan pobudzenia i impulsywności, który wiązano z zachowaniami samobójczymi i agresją.¹⁵
W ostatnich latach zaczęły wychodzić na jaw kolejne niepokojące powikłania. Jednym z nich są ciężkie i długotrwałe objawy odstawienne. Chociaż o zespole odstawiennym po antydepresantach wiemy już od dziesięcioleci, uważano wcześniej, że ma on łagodny charakter i trwa krótko. Dawniej sądziliśmy, że po zaprzestaniu stosowania danej substancji mózg szybko wraca do normalnego stanu, jednak coraz wyraźniej widać, że nie zawsze tak się dzieje.
Antydepresanty, a w szczególności benzodiazepiny, powodują objawy odstawienne, które mogą utrzymywać się przez miesiące, a czasami nawet przez lata po zaprzestaniu ich przyjmowania, powodując znaczne cierpienie i ograniczenie sprawności. Obecnie istnieją ogromne społeczności internetowe skupiające osoby, które — podobnie jak Mark — zmagają się z próbami odstawienia tych leków. Wiele z nich straciło pracę i karierę zawodową, doświadczyło rozpadu związków, a wskutek ciężkich i długotrwałych objawów odstawiennych pojawiły się u nich myśli samobójcze.¹⁶ Mimo to utrzymujące się przez długi czas objawy odstawienne nie zostały powszechnie uznane przez środowisko medyczne.
Powagę tego problemu uświadomiła mi tragiczna i wstrząsająca śmierć Eda White’a — menedżera z branży IT i badacza, z którym współpracowałam — który w 2021 roku, w wieku 57 lat, odebrał sobie życie. Od czasu odstawienia antydepresantów kilka lat wcześniej cierpiał na ciężkie i obezwładniające objawy odstawienne. Mimo to poświęcał wiele czasu na pomaganie innym osobom znajdującym się w podobnej sytuacji, a także uczestniczył w badaniach mających pogłębić naszą wiedzę na temat długotrwałych objawów odstawiennych.¹⁷
Kolejnym potencjalnie wyniszczającym powikłaniem, na które zaczyna zwracać się uwagę, są utrzymujące się zaburzenia funkcji seksualnych. Od dawna wiadomo, że antydepresanty, zwłaszcza SSRI, powodują zaburzenia seksualne podczas ich przyjmowania, zakładano jednak, że problemy te ustępują po odstawieniu leków.¹⁸ Gromadzone dowody sugerują jednak, że u niektórych osób seksualne działania niepożądane utrzymują się także później. Internetowe grupy wsparcia prowadzą kampanie mające zwiększyć świadomość tego problemu, a kobiety i mężczyźni opisują swoje doświadczenia w mediach społecznościowych. Typowy, przejmujący wpis młodego mężczyzny brzmi: „Nie ma już miłości, nie ma seksu, nie ma uczuć”.¹⁹
Obecnie nikt dokładnie nie wie, jak często występują ciężkie i długotrwałe objawy odstawienne ani utrzymujące się zaburzenia funkcji seksualnych. Antydepresanty przyjmują jednak obecnie miliony ludzi, więc nawet jeśli problemy te dotyczą jedynie niewielkiej części użytkowników, nadal stanowią ogromny problem zdrowia publicznego i są źródłem wielu indywidualnych tragedii. Nikomu nie powinno się już przepisywać antydepresantów bez bardzo wyraźnego ostrzeżenia o możliwości wystąpienia tych skutków, jednak środowisko medyczne nie spieszyło się z ich nagłaśnianiem.
Rozmywanie problemu
Od ponad trzech dekad ludzie są wprowadzani w błąd co do przyczyn depresji oraz tego, jak działają antydepresanty. Sądząc po reakcjach na nasz artykuł, niektórzy psychiatrzy i część mediów chcą, aby sytuacja ta trwała nadal. Chcą zastąpić pogląd, że depresja jest spowodowana niskim poziomem serotoniny, niejasnymi sugestiami, że wynika ona ze złożonego współdziałania wielu substancji chemicznych i układów w mózgu, obejmujących między innymi serotoninę. Albo próbują przekonać ludzi, że depresja ma związek z nieprawidłowościami w powstawaniu nowych komórek nerwowych i połączeń między nimi bądź że wiąże się z zaburzeniami dotyczącymi innych substancji chemicznych w mózgu. Jednak żadna z tych teorii — ani inne podobne — również nie znajduje potwierdzenia w solidnych dowodach naukowych.
W gruncie rzeczy wszystkie te teorie są sposobami przekonywania ludzi do przyjmowania leków na receptę. Obecnie opracowuje się i promuje w leczeniu depresji oraz zaburzeń lękowych nową gamę substancji wywodzących się z narkotyków rekreacyjnych lub do nich zbliżonych. Należą do nich ketamina i blisko z nią spokrewniona esketamina, psychodeliki, leki o działaniu podobnym do benzodiazepin, a nawet opioidy.²⁰ Twierdzi się, że wszystkie one przeciwdziałają leżącej u podłoża problemu nieprawidłowości biologicznej lub niedoborowi — często twierdzenia takie wysuwają osoby powiązane z firmami, które wprowadzają te substancje na rynek.
Niezależnie od szczegółów przekaz pozostaje ten sam: depresja tkwi w mózgu i można w nią celować za pomocą leków. Przemysł farmaceutyczny i jego sojusznicy potrzebują, by wszystko toczyło się jak dotychczas. Ludzie muszą zostać przekonani, że z ich mózgami jest coś nie tak oraz że antydepresanty i inne leki przepisywane z powodu powszechnych problemów ze zdrowiem psychicznym w jakiś sposób korygują biologiczne podłoże problemu. W ten sposób rynek zostanie utrzymany, a ludzie nie zatrzymają się, by pomyśleć, że wprowadzają do swoich organizmów obce substancje chemiczne — substancje, o których niewiele wiemy i które raczej nie są nieszkodliwe, zwłaszcza jeśli przyjmuje się je dzień po dniu przez całe lata.
Wrócę jeszcze do tych kwestii, ale sedno sprawy polega na tym, że podchodziliśmy do stosowania antydepresantów zdecydowanie zbyt beztrosko. Nie docenialiśmy wszystkich konsekwencji przyjmowania leków, które zmieniają normalny stan mózgu, częściowo dlatego, że nie przyznawaliśmy, iż właśnie to robią leki takie jak antydepresanty. Nie chcę nikogo niepokoić, ale niezwykle ważne jest, aby każdy dokładnie rozumiał, co robi, kiedy przyjmuje antydepresant lub jakikolwiek inny lek przepisany z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym. Mówiąc bez ogródek, ingeruje w swój mózg w sposób, którego nie rozumiemy w pełni — a majstrowanie przy mózgu może mieć niebezpieczne konsekwencje.
Przekaz dotyczący nierównowagi chemicznej
Postanowiłam przeprowadzić przegląd badań dotyczących serotoniny, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że większość społeczeństwa zaczęła uważać związek przyczynowy między serotoniną a depresją za ustalony fakt naukowy. Szczególnie wyraźnie uświadomiłam to sobie w 2014 roku, kiedy wygłosiłam prezentację podczas seminarium zorganizowanego przez członków Centre for German Studies na University College London. Zgromadzeni na sali profesorowie, wykładowcy i doktoranci byli zszokowani, gdy powiedziałam, że biologiczne podłoże depresji nie zostało ustalone. Byli przekonani, że nauka rozstrzygnęła już tę kwestię i że jednoznacznie wykazano, iż nieprawidłowości biochemiczne, w tym te dotyczące serotoniny, odgrywają przyczynową rolę w depresji. Wiedziałam jednak, że osoby zaznajomione z badaniami zdają sobie sprawę, iż nie jest to prawdą.
Badania ankietowe przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych około 2006 roku oraz w Australii w 2011 roku wykazały, że niemal 90 procent społeczeństwa uważało, iż depresję powoduje nierównowaga chemiczna.²¹ Pogląd ten jest często przedstawiany jako fakt w prasie i internecie. W 2014 roku pewien brytyjski prezenter radiowy powiedział, że depresja pojawia się wtedy, gdy „całe dobro zostaje wypłukane z mózgu [i trzeba je] od czasu do czasu uzupełnić; dlatego potrzebne są leki”.²²
Pewien bloger internetowy ujął to następująco: „Dosłownie rzecz biorąc, my, ludzie z depresją, nie mamy tych substancji chemicznych odpowiedzialnych za «szczęście», które umożliwiają funkcjonowanie reszcie świata”.²³
Nic dziwnego, że ludzie tak myślą. Przemysł farmaceutyczny od dziesięcioleci bombarduje społeczeństwa Zachodu przekazem, że depresja jest skutkiem nierównowagi chemicznej. W Stanach Zjednoczonych, gdzie firmy farmaceutyczne mogą kierować reklamy bezpośrednio do konsumentów (w przeciwieństwie do większości pozostałych krajów świata), reklamy telewizyjne przekazywały ten komunikat wprost do domów ludzi, ilustrując swoje twierdzenia wyglądającymi naukowo obrazami komórek nerwowych i cząsteczek serotoniny. W niesławnej już reklamie telewizyjnej antydepresantu Zoloft (sertralina) występowała smutna, przypominająca kleksa postać, która po zażyciu Zoloftu w cudowny sposób odzyskiwała dobry nastrój. Głos z offu informował widzów: „Depresja może mieć związek z zaburzeniem równowagi naturalnych substancji chemicznych między komórkami nerwowymi w mózgu” oraz „Zoloft na receptę działa, korygując tę nierównowagę”.²⁴
Strony internetowe tworzone przez firmy farmaceutyczne przekazywały ten sam komunikat na całym świecie, co ilustrują przykłady zamieszczone w Aneksie 1. Raz po raz informowano opinię publiczną, że osoby cierpiące na depresję mają zaburzoną równowagę substancji chemicznych w mózgu, dotyczącą serotoniny, a czasami również innych substancji (w zależności od reklamowanego leku), oraz że muszą przyjmować antydepresant, aby „przywrócić równowagę chemiczną mózgu”.²⁵
Instytucje medyczne również aktywnie rozpowszechniały tę koncepcję. W 2024 roku, osiemnaście miesięcy po opublikowaniu naszego artykułu, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne nadal informowało ludzi, że „różnice w poziomie niektórych substancji chemicznych w mózgu mogą przyczyniać się do występowania objawów depresji”.²⁶ W kwietniu 2023 roku ówczesna przewodnicząca tego stowarzyszenia, psychiatra Rebecca Brendel, powiedziała w podcaście: „Wiemy, że serotonina jest silnie związana z depresją”, a antydepresanty „działają na neuroprzekaźniki, substancje chemiczne w naszym mózgu, aby przywrócić równowagę ich względnych poziomów”.²⁷
Do 2022 roku Royal Australian and New Zealand College of Psychiatrists informowało ludzi, że leki „działają poprzez przywracanie równowagi substancji chemicznych w mózgu. Różne rodzaje leków oddziałują na różne szlaki chemiczne”. Strona ta została następnie usunięta w celu „ponownego przeanalizowania” jej treści.
W ostatnich latach materiały informacyjne brytyjskiego Royal College of Psychiatrists dotyczące antydepresantów stały się bardziej ostrożne, co było wynikiem nacisków ze strony naukowców oraz osób, które doświadczyły szkodliwych skutków stosowania antydepresantów, domagających się złagodzenia formułowanych twierdzeń.²⁸ W przeszłości organizacja ta wysuwała jednak podobne twierdzenia, a w swoich materiałach dotyczących antydepresantów nadal sugeruje, że leki te korygują nierównowagę chemiczną, choć nie mówi tego wprost. „Nie wiemy tego na pewno” — czytamy — „ale antydepresanty wpływają na aktywność pewnych substancji chemicznych w naszym mózgu, zwanych neuroprzekaźnikami […] Neuroprzekaźnikami, na które antydepresanty oddziałują w największym stopniu, są serotonina i noradrenalina”.²⁹ Dalszy wybór spośród wielu instytucji, które propagowały teorię nierównowagi chemicznej jako przyczyny depresji, przedstawiono w Aneksie 1.
Stanowiska środowiska psychiatrycznego
Kiedy stawia się im to pytanie wprost, czołowi psychiatrzy od dawna przyznają, że nie istnieją solidne dowody potwierdzające teorię, zgodnie z którą depresja jest powodowana przez niski poziom serotoniny lub jakąkolwiek inną nieprawidłowość chemiczną. Nie informują jednak o tym opinii publicznej. Jednocześnie nie są w stanie całkowicie porzucić tej teorii i zamiast tego ponownie zapewniają, że jest ona prawdziwa, prawdopodobnie prawdziwa albo że w gruncie rzeczy zachodzi jakieś podobne zjawisko.
W 2005 roku dwóch amerykańskich naukowców opublikowało artykuł zatytułowany „Serotonina i depresja: rozdźwięk między reklamami a literaturą naukową”.³⁰ Zwrócili w nim uwagę, że przekaz zawarty w reklamach firm farmaceutycznych i na ich stronach promocyjnych rozmijał się ze stanowiskiem czołowych naukowców, którzy przyznawali, że brakuje dowodów na istnienie nierównowagi chemicznej w depresji.
Artykuł wzbudził zainteresowanie, ponieważ po raz pierwszy do mediów dotarła informacja, że teoria serotoninowa może nie mieć oparcia w dowodach naukowych. Podobnie jak nasza publikacja, wywołał reakcję obronną środowiska psychiatrycznego, którego przedstawiciele utrzymywali jednocześnie, że i tak nikt nie wierzy w teorię serotoninową, a zarazem że w jakiejś formie jest ona jednak prawdziwa. Nawet jeśli nie była prawdziwa — twierdzili — była użyteczna.
Psychiatra akademicki Wayne Goodman, ówczesny przewodniczący Komitetu Psychofarmakologicznego amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA), przyznał na przykład w rozmowie z reporterem, że dowody na istnienie niedoboru określonych substancji chemicznych u osób z depresją są „nieuchwytne”.
Mimo to określił koncepcję nierównowagi chemicznej jako „użyteczną metaforę”, stanowiącą „rozsądny skrót myślowy” pozwalający wyjaśnić, że depresja „jest problemem o podłożu chemicznym lub mózgowym, a leki normalizują funkcjonowanie”.³¹ Nie wspomniał przy tym, że podstawą tych założeń miały być właśnie dowody na istnienie nierównowagi chemicznej, których wiarygodność była przedmiotem dyskusji.
W 2011 roku inny czołowy amerykański psychiatra, Ronald Pies, napisał artykuł w poczytnym czasopiśmie branżowym Psychiatric Times (którego do 2010 roku był redaktorem naczelnym), w którym nazwał teorię nierównowagi chemicznej jako przyczyny depresji „miejską legendą”. Pies twierdził, że żaden dobrze poinformowany psychiatra nie uważa tej teorii za prawdziwą.³²
Kilka miesięcy później, kiedy czytelnicy napisali do niego, że w rzeczywistości lekarze mówili im, iż mają nierównowagę chemiczną, musiał wycofać się ze swoich słów. W kolejnym artykule przyznał, że psychiatrzy mogą mówić coś takiego swoim pacjentom, ale sami tak naprawdę w to nie wierzą. Mówią to jedynie po to, by pacjenci poczuli się lepiej albo by zaoszczędzić czas.
Pozostałą część artykułu poświęcił zapewnianiu czytelników, że istnieje wiele „wyrafinowanych, współczesnych teorii” dotyczących biologii depresji, w tym koncepcja, zgodnie z którą „niektóre choroby psychiczne prawdopodobnie wiążą się z nieprawidłowościami dotyczącymi określonych substancji chemicznych w mózgu”. Przedstawił nawet „hipotezę amin biogennych” dotyczącą depresji (częściej określaną jako hipoteza monoaminowa)³³ jako wiarygodną hipotezę, mimo że — jak zobaczymy — jest to właśnie teoria nierównowagi chemicznej, od której próbował się odciąć.³⁴
Tak więc, choć Goodman i Pies przyznawali, że teoria nierównowagi chemicznej nie została udowodniona, jednocześnie szybko przekazywali opinii publicznej uspokajający komunikat, że nie zmienia to narracji dotyczącej biologicznych przyczyn depresji. Wydaje się, że niektórzy przedstawiciele tego środowiska chcą, aby ludzie nadal wierzyli, że depresja jest zaburzeniem mózgu i nie chcą, aby ludzie zadawali pytania o naukowe uzasadnienie stosowania antydepresantów.
Inna historia
W związku z tym książka ta, oprócz analizy samych badań naukowych, ma również na celu ujawnienie instytucji i grup interesu, które zniekształcają naukę medyczną i podporządkowują sobie media, przez co opinia publiczna otrzymuje wybiórczy i jednostronny obraz badań nad biologicznymi aspektami zdrowia psychicznego.
Większość ludzi zdaje sobie już sprawę z wpływu przemysłu farmaceutycznego, jednak interesy establishmentu medycznego oraz sposoby, w jakie są one realizowane, są znacznie słabiej udokumentowane. Moja relacja postawi pytanie o to, czy rzeczywiście możemy ufać naszym lekarzom i innym autorytetom medycznym, że wiedzą, co jest dla nas najlepsze, i że właśnie to nam zalecają.
Choć nie wątpię, że dobro pacjentów leży im na sercu, informacje, do których mają dostęp, są już częściowe i zniekształcone, a ponadto — podobnie jak my wszyscy — kierują się nieświadomymi uprzedzeniami i skłonnościami, które sprawiają, że patrzą przez różowe okulary na to, co sami mają do zaoferowania.
Wielu lekarzy i przedstawicieli opinii publicznej zakłada obecnie, że depresja jest zaburzeniem biologicznym, ale można myśleć o niej również w inny sposób. Będę argumentować, że emocje i nastroje lepiej charakteryzować nie jako zdarzenia zachodzące w mózgu, lecz jako swoiste reakcje inteligentnych istot na okoliczności, w których się znajdują — pogląd ten jest zgodny z naszym intuicyjnym rozumieniem natury ludzkich uczuć.
Istnieją również bardziej oczywiste sposoby rozumienia tego, co leki takie jak antydepresanty robią z naszymi uczuciami. Intuicyjnie rozumiemy, że stosowanie substancji po to, by zagłuszyć smutek lub pozbyć się zmartwień, jest w najlepszym razie chwilową ucieczką od problemów, a w najgorszym — formą wyrządzania sobie krzywdy.
Przemysł farmaceutyczny musiał aktywnie tłumić takie rozumienie sprawy, kiedy w latach 90. zaczął promować nową gamę antydepresantów. Wcześniej wybuchł skandal związany z masowym przepisywaniem benzodiazepin (leków takich jak Valium) oraz ujawnienie ich właściwości uzależniających sprawiło, że stosowanie leków w celu znieczulania i tłumienia emocji zaczęło cieszyć się złą opinią.
Potrzebna była nowa narracja, jeśli leki miały nadal być sprzedawane jako środki na problemy psychiczne. Tą narracją stała się teoria nierównowagi chemicznej. Pozwoliła ona przedstawiać SSRI oraz kolejne antydepresanty w sposób odpowiadający nowym czasom.
Zgodnie z przekazem marketingowym nie były to środki znieczulające emocjonalnie i nie miały uzależniać. Przedstawiano je jako zaawansowane leki działające na leżącą u podłoża problemu „chorobę” — chorobę depresyjną. Choroba ta miała być powszechna i powodowana przez nierównowagę substancji chemicznych w mózgu, którą — szczęśliwym zbiegiem okoliczności — nowe leki miały być w stanie skorygować. Jak ludzie mogli oprzeć się takiemu przekazowi, zwłaszcza gdy pochodził on nie tylko od firm farmaceutycznych, lecz także od krajowych instytucji medycznych i ich własnych lekarzy?
A jednak ta narracja jest mitem — mitem stworzonym po to, by wspierać określony sposób postrzegania ludzkich emocji; sposób, który przypadkiem okazał się zgodny z interesami wartego wiele miliardów dolarów przemysłu farmaceutycznego oraz części środowiska medycznego.